Recenzje

Dishonored

By 14 października 2012 No Comments

Dishonored (czyli po prostu…zniesławiony) to niezwykłe doświadczenie stworzone przez francusko-amerykańskie Arkane Studios. Tworzą je starzy wyjadacze (Smith, Colantonio, Mitton, Antonov), odpowiedzialni za takie tytuły jak Arx Fatalis czy Dark Messiah of Might & Magic. Od dawna śledziłem losy tej gry, jednak postanowiłem nie nastawiać się na nic szczególnego – być może dlatego jej jakość uderzyła mnie tak mocno.

W ogóle to muszę przyznać się do pewnej wstydliwej sprawy – nie lubię rozgrywek z perspektywy pierwszej osoby (FPP). Ani nie potrafię w takie gry grać. Jakoś nigdy nie przemawiały do mnie w ten szczególny, osobisty sposób – a grałem w wiele „ambitnych” tytułów…ale dotychczas nie „czułem” ich w pełni.

Dishonored zmieniło moje podejście do gatunku i stylu o pełne 180 stopni – tak dobra jest to gra. Jednak zacznijmy od początku. Co się dzieje?

„Jesteś byłym zaufanym strażnikiem cesarzowej. Zostałeś wrobiony w jej morderstwo i płoniesz żądzą zemsty – musisz zdobyć sławę jako zabójca znany jedynie z przerażającej maski, która stała się twoją wizytówką.

W miarę jak odbywasz swoją podróż po świecie zniszczonym przez plagę i gnębionym przez siły rządowe uzbrojone w dziwne nowe technologie, prawda kryjąca się za zdradą, która cię dotknęła, jest brudna jak wody otaczające miasto.

Wybory, jakich dokonasz, zdecydują o losie świata – czego jednak nie postanowisz, twoje dawne życie zniknęło na zawsze.”

„Poruszaj się niczym duch, nie brudząc sobie rąk, lub nie okazuj litości i pozostawiaj za sobą same zgliszcza. Wybierz sposób, w jaki ukończysz każdą z misji – to wpłynie też na jej rezultaty.”

Jeśli chodzi o fabułę, to nie mogę doczepić się do jej konstrukcji – misja jest prosta, jak zemsta i ma być tylko bodźcem pchającym głównego bohatera do akcji. Corvo Attano nie jest jednak typowym zabójcą. Jest prywatnym ochroniarzem cesarzowej – Jessamine Kaldwin oraz przyjacielem i opiekunem jej córki – Emily. Zresztą relacje między postaciami (jak i wszystko inne w tej grze), sięgają znacznie, znacznie głębiej. O przeszłości oraz powiązaniach dowiadujemy się z przedziwnych źródeł – czasem tak banalnych jak zostawiony nieopatrznie pamiętnik, częściej jednak z zasłyszanych rozmów czy rozmaitych aluzji.

Jednak poza typową warstwą narracyjną – Dishonored ukazuje opowieści pisane poprzez przedstawiony świat. Wyniszczone epidemią dystrykty, zatopione części miasta, przeżarta zepsuciem warstwa wyższa – historie zaklęte w kamieniu, starym graffiti, porzuconym mieszkaniu. W życiu nie doświadczyłem gry tak głęboko i szczegółowo wnikającej w naturę ludzką za pomocą takich środków. Mimo że eksplorujemy małe powierzchnie i pozornie może wydawać się, że twórcy nie popisali się w tej kwestii – szybko okazuje się, że pod naszymi nogami kryje się kolejna warstwa miasta…i kolejna. Każdy zaułek może naprowadzić nas na jakiś trop, odkryć zachwycające lub przerażające tajemnice – nadać całej historii zupełnie nowe znaczenie.

Jeśli chodzi o warstwę wizualną, to całkowicie zrozumiałem i pokochałem decyzje artystów z Akrane Studios. Stylizowany, nieco odrealniony design dodatkowo podkręca nastrój niepokoju i ciągłego zagrożenia. Genialne operowanie światłem i cieniem, wyjątkowa architektura oraz spójny, przemawiający do wyobraźni koncept…pozostawiają w pamięci prawdziwe, intensywne przeżycia.

Dishonored nie zachwyca rozbuchanymi, eksperymentalnymi efektami czy wyśrubowanymi wymaganiami technicznymi. Ma za to coś, czego nie ma praktycznie żadna współczesna gra – umiejętność wrzucenia gracza w wykreowany świat. Niebagatelną rolę odgrywają liczne „smaczki” pozwalające na lepsze przeżywanie – maska zabójcy, zakładana przed wyruszeniem w miasto; świetne, miękkie ruchy; realistyczne odwzorowanie pływania; wreszcie nonszalancja z jaką Corvo odbezpiecza i używa swych narzędzi zemsty.

Mimo że jest to gra nazwana skradanką w stylu Thief – nie wyobrażajcie sobie ciągłego czatowania w cieniach. Twórcy zrozumieli, że zmuszanie gracza do kuriozalnego wchodzenia w strefę mroku jest słabym i przestarzałym rozwiązaniem. Dunwall będziemy więc zwiedzać w oślepiającym świetle przemysłowych reflektorów, błysku stali oraz industrialnych konstrukcji. I często w samo, zgaszone smogiem i wyziewami – południe.

„Akcja Dishonored odbywa się we wrogim świecie pełnym wzburzonych mórz, odległych dzikich krain i neoindustrialnych miast. Położone z dala od kontynentu Pandyssian Wyspy są sercem cywilizacji. Choć rządzi na nich cesarski rząd, każda z wysp ma własną monarchię i ekonomię. Stosunki handlowe i dyplomatyczne między nimi bywają różne.”

„Dunwall, stolica Wysp, jest miejscem narodzin przemysłowego przebudzenia. Niegdyś było to bogate miasto wielorybnicze, lecz w ostatnich latach zapanował w nim chaos i nieporządek, którego kulminacją było zamordowanie ukochanej cesarzowej Dunwall, Jessamin Caldwin. Po jej śmierci powstał nowy reżim, który wprowadził surowe rządy prawa oraz odizolował części miasta od tajemniczej nowej zarazy, która ma szanse rozbić Dunwall w pył.”

Niezwykłym pomysłem jest koncept energii pozyskiwanej z tłuszczu gigantycznych wielorybów.

„Od czasu odkrycia przez filozofa przyrody, Esmonda Roseburrowa, tłuszczu wielorybiego jako potężnego źródła energii, Dunwall zmieniło się ze zwykłego miasteczka wielorybników w przemysłową potęgę. Palne, a jednocześnie wybuchowe źródło energii spowodowało rozkwit ekonomii, w której znalazło się dużo miejsca dla wynalazków. Mieszkańcy Dunwall bogacili się. Rozwój technologii sprawił jednak, że rząd zaczął wykorzystywać ją do produkcji broni, co rozpoczęło nową erę modernizacji wojska – przyniosło to fatalne skutki. Mówi się, że Roseburrow nigdy nie pogodził się z następstwami swego odkrycia i resztę swojego życia spędził, rozpaczając.”

Sama gra w umiejętny sposób przemyca wiadomość dotyczącą rozwoju technologicznego i związanych z nim koszmarów. Opisy sposobów pozyskiwania wielorybiego oleju budzą dwa uczucia: obrzydzenie oraz ciekawość. Na pewno jest to istotny, lecz subtelny głos zachęcający do zastanowienia się nad naszym współczesnym życiem. Wiele warstw narracyjnych Dishonored pozwala na uruchomienie wyobraźni – prawdziwe przeżycie czegoś głębszego i nieoczywistego.

Jak Dishonored wypada jako gra?

Rozgrywka sama w sobie, również zasługuje na uwagę. Bowiem mamy tu do czynienia z rewelacyjnym, nie mającym porównania systemem – który z braku lepszego określenia można opisać jako symulator super-zabójcy. Jeśli jednak oczekujecie widowiskowych walk i morderczych zmagań, muszę was zmartwić – ta gra nie jest dla was. Dishonored nagradza zachowania unikające agresji. Każda sytuacja ma wiele rozwiązań, każda przeszkoda oferuje wiele szans na jej pokonanie. Przechodząc tę grę jako maszynka do zabijania – zabijamy całą zabawę. To tak, jakby uruchomić Planescape: Torment i nie czytać dialogów…niby można, ale nie licz na intensywne doznania.

Z całkowicie przebudowanego Unreal Engine udało się wycisnąć ostanie soki – Corvo zachowuje się dokładnie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Tak samo przeciwnicy. Wyobraźcie sobie, że miasto toczy zaraza, dzielnice robotnicze wymarły a w ruinach snują się brutalne bandy przestępców oraz żołnierzy, którzy najpierw strzelają – później zadają pytania. Normalna osoba nie przeżyłaby tu dłużej, niż kilka chwil – rozerwana przez pocisk tallboya, rozszarpana przez stado szczurów czy zarąbana w jakiejś alejce. Panuje stan wyjątkowy a ulice to niemi świadkowie bestialskiej ewaporacji ludności.

Mimo, że Corvo sam w sobie jest istną maszyną do zabijania – to użycie sztyletu, pistoletu czy kuszy często nie wystarcza. Realia Dunwall są zbyt brutalne. Na szczęście mamy do dyspozycji coś, czego nie mają inni – moc darowaną nam przez tajemniczą istotę zwaną Odszczepieńcem. Otrzymujemy dostęp do potężnych zaklęć, pozwalających nam na bezszelestnie poruszanie, widzenie przez ściany czy wcielenie się w inne stworzenie (włączając w to ludzi).

Poza czysto zręcznościowym i skradankowym aspektem – mamy również nawiązanie do cRPG. Postać może się rozwijać i zyskiwać nowe umiejętności, które w znacznym stopniu wpłyną na styl gry i sposób jej ukończenia. Zamiast punktów doświadczenia wprowadzone zostały kościane amulety – niewielkie artefakty, nasycone magiczną energią. Oczywiście aby je zdobyć, musimy przetrząsnąć każdy zakamarek miasta – tak samo zresztą jest z talizmanami, czyli pomniejszymi „wspomagaczami” zdolności Corvo. W ich lokalizacji pomaga nam przedziwny, genialnie zaprojektowany artefakt zwany po prostu Sercem…

Na uwagę zasługuje łatwość z jaką porusza się zabójca – wspaniale odwzorowane ruchy, wślizgi czy chwyty nie mają nic ze sztywności właściwej podobnym produkcjom. Jeśli (tak jak ja) nie przepadacie za widokiem FPP – myślę, że grając w Dishonored przeżyjecie bardzo miłe zaskoczenie.

Jak brzmi pieśń udręczonego Dunwall?

Prze-klima-tycznie! Kompozytorem muzyki jest nie kto inny, jak Daniel Licht (znacie go m.in. z serialu Dexter oraz Silent Hill: Downpour). Jego styl jest nie do pomylenia z żadnym innym – Licht po mistrzowsku buduje napięcie, wprowadza atmosferę zagrożenia i niepewności. Jego muzyka to majstersztyk suspensu sprawiający, że po pewnym czasie gracz zaczyna bać się własnego cienia a każdy krok rozważa przez wiele minut. Jednak największą zaletą jest muzyczne odwzorowanie prawdziwego oblicza świata – nostalgicznej, dziewiętnastowiecznej dystopii w cudny sposób nawiązującej do m.in. do świata wykreowanego przez Orwella w „Roku 1984”.

Równie świetnie spisali się aktorzy, bowiem w Dishonored pojawiły się znane i szanowane nazwiska, takie jak: Susan Sarandon, Brad Dourif, Carrie Fisher czy Chloe Grace Moretz. Pod względem oprawy dźwiękowej gra stawia poprzeczkę naprawdę wysoko, bo poza głosami i muzyką z niezwykłą mocą odwzorowano również odgłosy otoczenia. Coś fantastycznego!

Wszystko pięknie. Czy gra jest bez wad?

Oczywiście, że nie – akurat możliwości poprawy, usprawnienia i poprawienia miodności można mnożyć w nieskończoność. Przede wszystkim SI, czyli poziom IQ strażników jest bardzo nierówny – czasem zachowują się jakby widzieli przez ściany, lub na niemożliwe odległości, innym razem gubią drogę lub blokują się w prostych przejściach (zwłaszcza tallboye). Bohaterowie są dosyć drętwi, nie okazują emocji, nic ich nie wkurza ani nie zaskakuje (nawet, gdy używamy magicznych zdolności). Tradycyjnie, niezbyt satysfakcjonujące jest samo zakończenie – spodziewałem się po nim czegoś więcej.

Dyskusyjna może być również długość gry…ale tutaj trzeba jednoznacznie stwierdzić: taka ma być! Konstrukcja Dishonored przypomina pocięty w wielu miejscach, zwinięty motek wełny – tylko od nas zależy z której strony zaczniemy go rozplątywać. Twórcy zrezygnowali ze sztucznych przedłużaczy i pozornych misji na rzecz prawdziwie głębokiej rozgrywki.

Opłaca się kupić?

Dishonored to prawdziwa perła – potwierdzająca, że opłaca się tworzyć gry dojrzałe artystycznie. Nawet więcej – sądzę, że rozwój multimedialnej narracji zaczyna zmieniać nas, jako odbiorców – wielowarstwowa opowieść o zemście staje się więc pretekstem do rozpoczęcia kolejnych prób ujarzmienia cyfrowego przekazu, pokazując drogę którą mogą podążyć kolejne gry. Język gier komputerowych jest fascynującym zagadnieniem a Dishonored to ważny głos w jego rozwoju. Jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało – myśląc o tej produkcji wiem, że gry to sztuka i nie widzę powodu, dlaczego ktoś miałby nie kupić dzieła Arkane Studio.

Na plus:

  • możesz ukończyć grę NIE zabijając ani jednego człowieka
  • niezwykła mechanika
  • wciągający, głęboki świat
  • miodność rozgrywki
  • misje poboczne!
  • projekty poziomów
  • innowacyjność
  • nieliniowość absolutna

Minusy:

  • nierówna SI przeciwników
  • NPC z drewna (z pewnymi wyjątkami)
  • mało zaskakująca fabuła i słabe zakończenie
  • strzelające rośliny (pogracie, zrozumiecie 😉 )

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.