Recenzje

The Book Of Unwritten Tales

By 19 listopada 2012 No Comments

Mimo, że nieczęsto o nich piszę – przygodówki to jeden z moich ulubionych gatunków gier w ogóle. Zwłaszcza te tradycyjne, takie jak seria Monkey Island, Longest Journey lub Syberia – lubię je za subtelny humor, świetne dialogi, godne zapamiętania postacie – ale przede wszystkim za ten nieuchwytny klimat. Przygodówki pozwalają mi na chwilę znów stać się ciekawym świata dzieckiem, oderwać się od szaroburej rzeczywistości i przypomnieć sobie czym gry były dla mnie te kilkanaście lat temu.

O The Book Of Unwritten Tales słyszałem na długo zanim otrzymałem swoją kopię recenzencką, gdyż produkcja niemieckiego King Art Games już na pierwszy rzut oka zaintrygowała mnie swoją oprawą. Nieco podobna do The Whispered Worlds stylistyka, rewelacyjna Edycja Kolekcjonerska (o której mówiłem już wcześniej) oraz poczucie humoru w stylu Terry’ego Pratchett’a zapowiadały najprzedniejszą zabawę. Czy dobrze przewidziałem? Dowiecie się z dalszej części opowieści…

The Book Of Unwritten Tales zaczyna się, jak każda epicka podróż powinna się zacząć. Niczego nie spodziewający się (jeszcze niedoszli) bohaterowie, wplątują się w kabałę na końcu której stoi Zły Czarnoksiężnik (w tej roli tym razem wystąpili Munkus wraz ze złośliwą mamusią). Historia prowadzi nas do wielu przepięknych miejsc, takich jak Krasnouldzka Twierdza, chatka gnoma-alchemika Mortimera MacGuffina, królewskie miasto Morski Kamień czy komnaty Arcymaga. Opowieść jest długa i zawiła, jednak jak to w grach tego typu bywa – przytoczenie całej fabuły graniczyłoby z cudem i sprowadziło się do opisania całej gry krok po kroku. Tak więc wystarczy, że będziecie wiedzieć, że historia w The Book Of Unwritten Tales nie jest krótka ale za to naprawdę bardzo wciągająca.

Jednym z największych atutów tej produkcji są przedstawieni bohaterowie – jest ich aż troje (a jeśli liczyć skrupulatnie to nawet…pięcioro)! Na samym początku poznajemy rudowłosą elfkę – Ivo, która wraz ze swoim skrzydlatym przyjacielem Ćwir-Ćwirkiem podróżuje bez żadnego konkretnego celu. Co można o nich powiedzieć, to na pewno fakt, że tworzą niezwykle uroczy – ale bardzo złośliwy duet. Następnie przejmujemy kontrolę nad gnomem Wilburem Weathervane – dociekliwym, ale nie obdarzonym technicznymi umiejętnościami bohaterem pierwszoplanowym (osobnikiem małym, niepozornym i totalnie nieświadomym czyhających wokół niebezpieczeństw). Wilbur to doskonałe połączenie Froda z Władcy Pierścieni, Dwukwiata z Koloru Magii oraz stereotypowego gnoma, znanego z każdego szanującego się systemu RPG. Na końcu na scenie pojawia się kapitan Nate wraz z jego nieodłącznym, różowym i puchatym towarzyszem…zwanym po prostu Zwierzakiem.

W późniejszej części gry, gdy na skutek bardziej lub mniej prawdopodobnych wydarzeń cała trójka w końcu znajdzie się w jednym miejscu i czasie – przejmujemy kontrolę nad trzyosobową wesołą gromadką, co samo w sobie jest godne wspomnienia. Nie przypominam sobie, abym grał w przygodówkę w której występuje aż tyle postaci, którymi moglibyśmy pokierować.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną to nie trzeba specjalnie się silić na komplementy – screeny i filmy mówią same za siebie – Book Of Unwritten Tales to doprawdy piękna gra. Modelowane i renderowane w trójwymiarze tła, liczne smaczki oraz efekty wizualne aż błyszczą i robią wrażenie nawet w chwili, gdy na każdym kroku rozpieszczani jesteśmy najnowszymi produkcjami FPS.

Oczywiście, można się przyczepić do nieco ślamazarnych ruchów czy występujących niekiedy, dosyć kanciastych animacji postaci – jednak musicie pamiętać, że nie graficznymi fajerwerkami takie gry stoją – a humorem i dialogami. I różnorodnością, bowiem Book Of Unwritten Tales zaskoczył mnie również i w tej materii.

Poza typowo logicznymi, puzzlowymi zagadkami natkniemy się na sporo mini-gierek, bardzo dobrze wpływających na dynamikę rozgrywki i stanowiących fajną odskocznię od głównego wątku. Zdarzy się, że będziemy musieli uwarzyć miksturę siły (a jak powszechnie wiadomo, kolejność i szybkość mieszania magicznych ingrediencji maja w magii pierwszorzędne znaczenie); innym razem musimy wyznaczyć drogę na mapie, mając do pomocy tylko ogólne wskazówki. Jednym słowem – gra oferuje to wszystko do czego przyzwyczaiły nas klasyczne point & clik ale dodaje również coś od siebie.

Book Of Unwritten Tales jest również grą, której bardzo dobrze się…słucha. Między innymi właśnie z powodu rewelacyjnie nagranych dialogów i fantastycznej ścieżki dźwiękowej przejście tej gry zajęło mi aż tyle czasu – po prostu przewijanie wypowiedzi naszych bohaterów to zwyczajne marnowanie mistrzowskich dialogów (zagranych w mistrzowski sposób). Aktorzy podkładający głos musieli bawić się naprawdę dobrze, gdyż BoUT przeczytane i opowiedziane jest lekko, naturalnie i nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że jest to jedna z najlepiej brzmiących przygodówek ostatnich lat. Muzyką zajął się debiutujący kompozytor, Benny Oschmann – i ze swojej pracy wywiązał się naprawdę fantastycznie. Bajkowe, nieco przesłodzone i skoczne melodie wspaniale współgrają ze światem wykreowanym przez głównego projektanta – Jana Theysena. Oczywiście jestem świadomy faktu, że nie każdy gustuje w tak niepoważnej stylistyce, jednak mnie ona bardzo odpowiada i jestem pewien, że do tej muzyki będę wracał jeszcze długo po skończeniu gry.

Jednak poza warstwą graficzną, muzyczną czy grywalnością – najważniejszym aspektem gry jest humor. Właśnie te subtelne, często wieloznaczne i zakamuflowane odniesienia do RPG, innych przygodówek oraz ogólnie pojmowanego świata „przygody i fantastyki” windują tę pozycję do ścisłej czołówki najlepszych przygodówek wszech czasów. Nie wierzycie? A co powiecie na inteligentny miks mistrza Yody i Indiany Jonesa (tak, to właśnie profesor McGuffin – uzbrojony w dziwny pejcz, przemądrzały gremlin).

Właśnie z takich smaczków składa się cała gra i odnajdywanie ich sprawiło mi więcej przyjemności niż rozwiązywanie łamigłówek. Zresztą – zagadki na które natrafimy są skonstruowane z wielkim wyczuciem: są bardzo logiczne, przemyślane i nie powinny sprawić kłopotu nikomu, kto dokładnie szuka – i słucha co się do niego mówi. Najważniejsze, aby wytrwać do końca bo jak w takich produkcjach bywa – podsumowanie przebytej drogi jest błyskotliwe i pozostawiające nas w bardzo dobrym humorze 😉

Na sam koniec pewnie nie zdziwi was werdykt: Book Of Unwritten Tales jest warty kupienia i jest to gra, którą warto mieć w swojej kolekcji. Ja bawiłem się naprawdę wyśmienicie i przyznam szczerze, że sam jestem zaskoczony jak wciągający jest świat wykreowany przez King Art Games. Gdybyśmy wystawiali grom oceny liczbowe to BoUT dostałby 10/10, jednak trzymając się zdania, że taka kategoryzacja krzywdzi niektóre produkcje wystarczy, że powiem: w tę grę po prostu trzeba zagrać!

PLUSY:

[bullet_list icon=”plus”]
  • absolutnie mistrzowski humor,
  • godni zapamiętania bohaterowie,
  • oprawa wizualna (tła full HD),
  • logiczne i rozsądne zagadki,
  • długość (prawie 20 godzin rozgrywki),
  • muzyka i udźwiękowienie,
  • klimat RPG,
[/bullet_list] MINUSY:

[bullet_list icon=”minus”]
  • dziwnie działające zapisy gry (drobny błąd dotyczący ilości zapisów w grze został naprawiony tuż po premierze w Patchu 1.2, którego w pośpiechu zapomniałem zainstalować 😉 )
  • niekiedy niedopracowane animacje postaci (…czepiając się na siłę 😉 )
[/bullet_list]

Polska cena również kusi – na stronie wydawcy www.exerion.pl możecie dotać ją już a 55zł 😉

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.